Legendy Barlinka: Młyn Papiernia



Przy drodze do Żydowa, niedaleko za miejscem gdzie Płonia łączy się z Młynówką, między puszczą a polami zbudowano największy z młynów. Kiedyś słynął na cały kraj z produkcji papieru czerpanego, potem był tylko zwykłym młynem wytwarzającym mąkę.* Przy młynie mostki, spiętrzenie wody, bruk. Stare mury porośnięte dzikim winem. Wewnątrz cztery kondygnacje, wiele dziwnych maszyn, kół, urządzeń. A nastrój taki, że przybysz czuje się jak w świątyni i zachowuje milczenie. Pozornie młyn zastygły, ale tu tak jak u człowieka: im więcej lat przybywa, tym pamięć głębiej w dzieciństwo powraca. A potem nie wiadomo, co było prawdą, a co wyobraźnią. Piękno, nastrój i starość tego młyna wiodą wyobraźnię w jego dziwne dzieje. Kto tu żył? Jak wyglądał? Jakie duchy tutaj mieszkają? Co widziały potężne konstrukcje nasączonym płynem mącznym Kogo nosiły drewniane podłogi i strome przejścia między kondygnacjami? Kto przez te okna zasnute teraz pajęczyną patrzył daleko w pola, w nurt rzeczki opasującej młyn? Kto widział wschody i zachody o wszystkich porach roku?

Mieszkał tu kiedyś młynarz bogaty, dobry gospodarz i pan na włościach, który był człowiekiem zaborczym i apodyktycznym. Żona, urodziwszy mu piękną córeczkę, odeszła z tego świata. Dziewczyna była dla młynarza największym skarbem i sensem życia. Dla niej młyn rozbudował i dbał o to, by tworzono tu papier najpiękniejszy, najlepszy i najdroższy. Chciał zapewnić swojej jedynaczce dostatnie życie i duży posąg. Miłość do córki przesłaniała mu świat. Była wielka, ale ślepa, egoistyczna i zaborcza. Młynarzówna rosła coraz piękniejsza i rozpieszczana przez ojca, który za sprzedany papier kupował jej najpiękniejsze suknie i klejnoty. Uważał też, że sam znajdzie jej odpowiedniego męża. To musi być nie byle kto! Będzie bogaty, piękny, poważny, dobry. Może sam książę? Jeżdżąc po świecie szukał kandydata, ale żaden nie wydawał mu się godzien ręki ukochanej córki. Młynarzówna była jednak dziewczyną dziwną i sprawiała ojcu zawód. Nie lubiła zabytków i luksusów, nie cieszyły jej wykwintne suknie, klejnoty, świecidełka. Kiedy taka wystrojona stawała przed lustrem, w zwierciadle widziała obcą osobę. Dziękowała ojcu, bo tak wypadało, lecz najchętniej ubierała się w suknie proste, bez świecidełek. Długie włosy koloru pszenicy splatała w warkocz i wychodziła w pole boso. Wracała z naręczem polnych kwiatów, rozpromieniona słońcem, pachnąca wiatrem, cała w motylach. Upodobała sobie polne maki, które, wpinała w złote włosy. Próżno ojciec sprowadzał nauczycieli dworskich konwersacji, tańca, gry na instrumentach. Wydawał na nich mnóstwo pieniędzy. Ona jednak wolała spędzać czas z przyrodą i zwierzętami, jak nieokrzesana wieśniaczka. Brodząc w trawie i zbożu, spacerując leśnymi ścieżkami, gdzie o każdej porze roku inne kwiaty wabiły kolorem, widywała młodzieńca jak pasał konie lub rąbał drwa w pobliskiej osadzie. Był z Niepolska. Przyglądali się sobie ukradkiem. Ich serca zaczęła wypełniać wzajemna miłość, zachwyt, oczarowanie. Spacerowali razem po polach i lasach, trzymając się za ręce. Wracała do młyna coraz piękniejsza i coraz bardziej radosna. O czasie zapominała, jej powroty był coraz późniejsze. Niepokoił się stary młynarz patrząc na jaśniejącą twarz córki. Odgadywał z niej miłość. Kazał parobkowi ją śledzić. Gdy wszystko się wydało, wpadł w złość i zakazał córce wychodzenia z młyna. Kazał siedzieć jej w izbie na górnej kondygnacji, by nie mogła wyskoczyć okiem. Zapomniał jednak o drzwiach, do których z zewnątrz prowadziła drabina.** Chłopak przychodził nocą pod młyn, dziewczyna cichuteńko schodziła do niego po drabinie. Potem razem szli ścieżką do lasu... Gdy młynarz zobaczył wydeptaną ścieżkę, kazał spalić wszystkie drabiny, jakie istniały we młynie. Dziewczyna patrzyła na płonące drabiny i serce w niej zamierało. A gdy dopalała się ostania najdłuższa, młynarzówna siadła w wysoko nad ziemią otwartych drzwiach swojej izdebki. Patrzyła na płomienie, patrzyła i łzy same płynęły jej z oczu. W pewnej chwili wydało się jej, że ścieżka, po której razem chodzili, z czarnej robiła się jasna, świetlista i jakby się przybliża do drzwi... Od tamtej pory codziennie przed zmrokiem siadywała w otwartych drzwiach i wypatrywała ukochanego. A on, w takim miejscu, by oczy jej mogły się cieszyć, zasiał łan czerwonych maków.*** Przez otwarte drzwi bez wyjścia padało słońce. Myśląc o miłym, dziewczyna, rysowała jego sylwetkę w smudze słońca padającej na podłogę. Teraz także słońce było dla nich łaskawe. Gdy odchodziło za horyzont, stawała się rzecz najdziwniejsza. Ścieżka zawisała w powietrzu i zakochana młynarzówna schodziła do ukochanego otulona nocą. Znów się spotykali niezauważenie dla innych. Ich miłość była tak wielka, że czyniła cuda. W miejscu, do którego prowadziła ścieżka, przy małym domku naprzeciw młyna, aby ich osłaniać, wyrosły kręgiem pachnące słodyczą lipy. Gdy ktoś nadchodził, krąg drzew się zwierał, a miododajne pszczoły, mimo nocy, nie tylko gotowe były żądlić intruza, lecz jeszcze tworzyły muzykę zagłuszającą szepty i wyznania kochanków. Kiedy granat nocy zaczynał różowić się świtem, odprowadzana myślami kochanego wracała po zawieszonej w powietrzu ścieżce. Znikała w czeluści młyna, a ścieżka w mgłę się rozpływała. Ich wyznania, porozrzucane w powietrzu, fruwały motylami. Podejrzliwy ojciec jednak czuwał. Nie spał nocami. Sam ich wyśledził, gdy lampa księżyca zawisła w zenicie. W złości włosy darł z głowy, szalał jak wiatr w klatce. W pierwszym odruchu chciał zabić chłopaka, wiedział jednak, że wtedy na zawsze utraci serce córki. Wszedł więc w zmowę z czarownikiem, ten zmienił młodzieńca w kamienny posąg. Bez głowy, by nikogo nie przypominał dziewczynie. Cierpiała bardzo. Pogrążyła się w smutku, w którym nie ma dni ni nocy, tylko pustka czarna i bezbrzeżna. Jakby potwór połknął słońce, a gwiazdy przepadły. Słychać było jęk w szelest usychających z żalu liści na owych drzewach, co w zaklętym kręgu na nich czekały. Młynarz, widząc swoje dzieło, zasępiony i bezradny, podupadł na zdrowiu. Zaniedbał też młyn. Siedział trzymając głowę rękami i rozpaczał. Zrozumiał daremność sowich dni, bezpowrotność czasu i bezsens zamierzeń. W takiej zgryzocie życie jego dobiegło końca. A dziewczyna...? Stała nieruchomo w otwartych drzwiach, próżno wypatrując ukochanego w ciemności nocy. Jednak tylko ciało można zmienić w kamień. Dusza jego błądziła po polach czekając na nią. Czas mijał. Jej włosy urosły aż do księżyca, który po latach wrócił na niebo, posrebrzył je i rozsypał w mleczną drogę. Na niej się spotkali. W księżycowe noce można ich zobaczyć. Schodzą na pola, gdzie czeka na nich biały koń z rozwiną wiatrem grzywą, potem wiezie przytulonych i milczących. Za nią ciągnie się w nieskończoność welon mgły, a w jej ręku czerwienieje bukiecik maków.

Źródło: Legendy i baśnie Barlinka i okolic (Romana Kaszczyc)